Dziś zamiast dmuchać w kartridże i walczyć z kineskopami, przyjrzymy się pomostowi między przeszłością a teraźniejszością. Na warsztat bierzemy oficjalne akcesoria Nintendo nawiązujące do złotej ery gamingu, które – choć wyglądają znajomo – potrafią zaskoczyć zarówno pozytywnie, jak i negatywnie.
Podczas wizyty w Japonii nie sposób było przejść obojętnie obok oficjalnego sklepu Nintendo. Efektem tego „szaleństwa zakupowego” są trzy kontrolery dedykowane usłudze Nintendo Switch Online: replika pada do Nintendo 64 oraz zestaw joy-conów w barwach japońskiego Famicoma. Czy warto było tachać je przez pół świata? Sprawdźmy.
Nintendo 64 Controller: Powrót do „trójnogiej” klasyki
Zaczynamy od sprzętu, który dla wielu jest symbolem ergonomicznego szaleństwa lat 90. Nowy kontroler N64 dla Switcha na pierwszy rzut oka jest identyczny z oryginałem. Wymiary, rozkład przycisków i specyficzny kształt zostały zachowane niemal w 100%.
Najważniejsza zmiana to oczywiście brak kabla i… jakość analoga. Każdy, kto posiada oryginalne N64, wie, jak szybko zużywały się tamtejsze „grzybki”. Nowa wersja chodzi ciasno, precyzyjnie i „strzela” tak, jak robiły to fabrycznie nowe egzemplarze przed trzema dekadami. Na górnej ściance pojawiły się też dyskretne przyciski systemowe: Home, Share oraz ZR, które pozwalają na nawigację po systemie Switcha.
Największym zaskoczeniem jest wibracja. Nintendo udało się zintegrować funkcję Rumble Packa bezpośrednio w obudowie. Co więcej, wibracje są potężne i mięsiste – znacznie bardziej odczuwalne niż delikatne impulsy znane z klasycznych Joy-Conów. Niestety, mimo świetnego wykonania, użyteczność tego pada jest mocno ograniczona. Poza biblioteką gier N64 w usłudze Online, sterowanie w nowoczesnych tytułach staje się karkołomne przez brak drugiego analoga i specyficzne mapowanie przycisków C.
Famicom Joy-Cons: Piękno, mikrofon i ergonomiczne schody
Drugim nabytkiem jest zestaw kontrolerów Famicon (japoński odpowiednik NES-a). To coś dla purystów – złoto-czerwona kolorystyka prezentuje się obłędnie, a dodatkowym smaczkiem jest w pełni funkcjonalny mikrofon w drugim kontrolerze. Możecie do niego krzyczeć w Zeldzie na potwory lub testować go w japońskich wersjach klasyków, co jest niesamowitą ciekawostką technologiczną.
Niestety, tutaj zaczynają się schody. O ile kontrolery te pięknie wyglądają wpięte w boki konsoli (szczególnie w wersji OLED), o tyle gra w trybie handheld jest… niemal niemożliwa. Przyciski są umieszczone bardzo wysoko, a brak analogów sprawia, że kciuki szybko odmawiają posłuszeństwa. Co więcej, klasyczne gry, jak Super Mario Bros., wymagają jednoczesnego trzymania przycisku biegu i skoku. Na tych płaskich „płytkach” jest to skrajnie niewygodne.
Warto też wspomnieć o absurdalnym problemie z mapowaniem przycisków w emulatorach Game Boya czy SNES-a. Nintendo nie przewidziało redefiniowania klawiszy, przez co w niektórych grach brakuje przycisku „Select”, co uniemożliwia np. wejście do menu zapisu lub zmianę trybu ognia. To bolesne przeoczenie w sprzęcie, który ma służyć właśnie do retro-gamingu.
Starcie z nową generacją: Czy to działa na Switchu 2?
Korzystając z okazji, postanowiliśmy sprawdzić, jak te akcesoria radzą sobie z najnowszą konsolą Nintendo – Switchem 2. I tutaj mamy dla was garść technicznych ciekawostek.
Po pierwsze: szyny. Fizyczne podłączenie kontrolerów od NES-a do nowej konsoli jest problematyczne. Mechanizm zatrzaskowy wydaje się zmieniony, a próba wpięcia ich „na siłę” może skończyć się uszkodzeniem prowadnic. Wygląda na to, że Nintendo postawiło na nowe rozwiązanie (prawdopodobnie magnetyczne lub o zmienionym profilu), co czyni stare Joy-Cony fizycznie niekompatybilnymi z nowym ekranem.
Po drugie: łączność bezprzewodowa. Udało nam się sparować kontroler N64 ze Switchem 2, ale nie obyło się bez problemów. Konsola początkowo nie widziała pada w trybie wyszukiwania. Pomogło dopiero podłączenie go kablem USB-C bezpośrednio do stacji dokującej. Po takim „wymuszonym” sparowaniu pad zaczął działać bezprzewodowo, choć system wciąż miewa problemy z rozpoznawaniem jego ikonki w menu.
Największym minusem jest jednak ładowanie. Jeśli nie posiadacie dedykowanego „Gripa” z funkcją ładowania, kontrolery od NES-a/Famicoma po rozładowaniu stają się bezużyteczne przy Switchu 2, ponieważ nie możecie ich już wpiąć w szyny konsoli, aby uzupełnić energię.
Gorzka pigułka na koniec: Dlaczego Japonia?
Na koniec musimy poruszyć temat dostępności. Fakt, że te kontrolery trzeba sprowadzać z Azji, jest świadectwem dziwnego podejścia Nintendo do naszego rynku. Mimo że w Polsce mamy rzesze fanów, oficjalny sklep Nintendo (My Nintendo Store) wciąż traktuje Europę Środkowo-Wschodnią po macoszemu. Fizyczne nagrody za punkty czy limitowany sprzęt są wysyłane głównie do Europy Zachodniej.
Dla polskiego kolekcjonera pozostaje więc import, znajomi na zachodzie albo przepłacanie u pośredników. Czy warto? Jeśli jesteście fanatykami oryginalnego doświadczenia z Nintendo 64 i zależy wam na genialnych wibracjach – tak. Jeśli szukacie uniwersalnego pada do grania w retro gry na Switchu – lepiej zainwestować w porządny Pro Controller lub rozwiązania od firm trzecich, jak 8BitDo.
Klasyczne kontrolery Nintendo to piękne gadżety, które cieszą oko na półce i oferują „ten właściwy” klik przycisków, ale techniczne niedociągnięcia w mapowaniu i brak kompatybilności z nowymi rozwiązaniami sprawiają, że pozostają one raczej muzealnym eksponatem niż realnym narzędziem dla gracza.