Commando: Apogeum kina akcji i narodziny niezniszczalnego bohatera
Lata 80. w kinematografii amerykańskiej były okresem szczególnym, w którym gatunek kina akcji przeszedł fascynującą ewolucję. Jeśli mielibyśmy wskazać punkt zwrotny, w którym twardzi, ale wciąż ludzcy bohaterowie zmienili się w niezniszczalne ikony popkultury, oczy wszystkich fanów retro skierowałyby się na rok 1985 i premierę filmu „Commando”. Produkcja ta, z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej, do dziś pozostaje symbolem dekady i podręcznikowym przykładem tego, jak budżet oraz specyficzne podejście do scenariusza potrafią stworzyć dzieło kultowe.
Nowa definicja bohatera: Od dramatu do superbohatera
Aby zrozumieć fenomen „Commando”, należy zestawić go z innymi hitami tamtych lat. W pierwszej części „Rambo” główny bohater był postacią tragiczną, weteranem zmagającym się z traumą, człowiekiem, którego można było zranić fizycznie i psychicznie. „Commando” brutalnie zrywa z tą tradycją. Tutaj John Matrix, grany przez Schwarzeneggera, nie jest zwykłym żołnierzem – to zakamuflowany superbohater.
Film ten stanowił „punkt przegięcia” dekady. Od tego momentu kule przestały ranić protagonistów, a zaczęły się od nich odbijać. Jedynym śladem po gigantycznej bitwie, jaką Matrix stacza na końcu filmu, jest małe zadrapanie na czole. To właśnie w tej produkcji bohaterowie z „twardych facetów” urośli do rangi istot niezniszczalnych, co stało się fundamentem dla późniejszych trendów w kinie akcji, kontynuowanych chociażby w kolejnych częściach przygód Johna Rambo czy filmach z Chuckiem Norrisem.
Sielanka przerywana wystrzałem
Początek filmu to niemal disneyowska sielanka, która z dzisiejszej perspektywy może wydawać się nieco groteskowa. Widzimy potężnego mężczyznę, który w wolnych chwilach karmi sarenki i dzieli się lodami ze swoją córką (w tej roli młodziutka Alyssa Milano). Ten celowy kontrast ma na celu podkreślenie „emerytury” Matrixa i jego próby powrotu do normalności po latach spędzonych na misjach w Libii czy Ameryce Południowej.
Szybko jednak okazuje się, że przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Film otwiera seria widowiskowych morderstw byłych członków oddziału Matrixa. Realizacja tych scen – od zamachu przy użyciu śmieciarki po wysadzenie łodzi – od razu narzuca tempo produkcji. Kiedy pod dom bohatera podlatuje helikopter z jego dawnym dowódcą, generałem Kirby’m, wiadomo już, że spokój Matrixa dobiegł końca.
Galeria złoczyńców i geopolityka w krzywym zwierciadle
„Commando” oferuje nam jedną z najbardziej barwnych galerii antagonistów w historii gatunku. Na czele stoi Arius, wygnany dyktator fikcyjnego państwa Val Verde. To klasyczny motyw ówczesnego kina – istnienie nieistniejących krajów Ameryki Południowej pozwalało twórcom na dowolną żonglerkę wątkami politycznymi bez ryzyka skandalu dyplomatycznego.
Jednak to nie Arius skrada show, lecz Bennett – grany przez Vernona Wellsa. Bennett to postać przerysowana do granic możliwości: z charakterystycznym wąsem, w siatkowym podkoszulku i z ogromnym kompleksem wobec Matrixa. Jako były członek oddziału, który został wyrzucony za „nadmierne zamiłowanie do zabijania”, stanowi mroczne odbicie głównego bohatera. W ekipie złoczyńców znajdziemy również takie postacie jak Sully (nazywany „maklerem-gnomem”) czy Cooke (w tej roli Bill Duke, znany później z „Predatora”).
Logika gry komputerowej: Od śladu do śladu
Struktura fabularna „Commando” przypomina klasyczną grę przygodową lub produkcję o Jamesie Bondzie, ale w wersji znacznie bardziej surowej. Matrix ma tylko 11 godzin na uratowanie córki, co zbiega się z czasem trwania lotu do Val Verde. Po brawurowej ucieczce z samolotu (skok do bagna z podwozia startującej maszyny), bohater rozpoczyna swój rajd po Los Angeles.
Fabuła opiera się na prostym schemacie: Matrix śledzi wątły ślad, dociera do jednego ze złoczyńców, pokonuje go w walce i przy jego zwłokach znajduje kolejną poszlakę – klucz do hotelu, fakturę za paliwo lotnicze czy mapę z koordynatami. W ten sposób, odwiedzając kolejne lokacje, takie jak centrum handlowe czy motel, Matrix systematycznie przybliża się do finału. W międzyczasie dołącza do niego Cindy, stewardessa, która początkowo staje się ofiarą uprowadzenia, by po chwili, z niewyjaśnionych przyczyn, stać się lojalną towarzyszką broni, potrafiącą nawet obsługiwać wyrzutnię rakiet po przeczytaniu krótkiej instrukcji.
Finałowa wyżynka: Triumf pirotechniki nad realizmem
Ostatnie 20 minut filmu to czyste, nieskrępowane szaleństwo. Matrix dociera na wyspę, która jest bazą Ariusa, i przeprowadza jednoosobową inwazję. Kultowa sekwencja uzbrajania się i nakładania barw maskujących na gołą klatkę piersiową to jeden z najbardziej rozpoznawalnych momentów w historii kina akcji.
To, co dzieje się później, wykracza poza sferę realizmu i wkracza w surrealizm. Matrix kosi dziesiątki żołnierzy, którzy pojawiają się znikąd niczym przeciwnicy w grze arcade. Budynki wybuchają od jednej miny przeciwpiechotnej, a kaskaderzy efektownie wylatują w powietrze. Apogeum absurdu stanowią sceny w szopie ogrodowej, gdzie bohater używa tarcz od pił tarczowych i narzędzi rolniczych do eliminacji przeciwników.
Finałowy pojedynek z Bennettem w kotłowni to klasyka gatunku. Walka na noże, okraszona słynnymi „one-linerami” (krótkimi, dowcipnymi puentami po zabiciu wroga), kończy się w sposób spektakularny i całkowicie niemożliwy z punktu widzenia fizyki. Przebicie przeciwnika rurą, z której po chwili ulatuje para, by Matrix mógł skwitować to zdaniem „wypuść trochę pary”, to moment, który definiuje styl Arnolda Schwarzeneggera.
Dziedzictwo Commando
„Commando” nie jest filmem do głębokiej analizy intelektualnej. To produkcja, która miała oszołomić widza energią, brutalnością i charyzmą głównego bohatera. Choć dziś wiele scen może budzić uśmiech politowania ze względu na błędy montażowe (jak samonaprawiające się Porsche) czy ewidentne niedostatki logiczne, film wciąż broni się jako czysta rozrywka.
Z dzisiejszej perspektywy „Commando” to fascynujący dokument epoki – czasów, gdy kino akcji było prostolinijne, budżety szły głównie na benzynę do wybuchów, a bohater nie musiał mieć rozbudowanej psychologii, by stać się ikoną. To film, który trzeba oglądać z odpowiednim nastawieniem: jako radosną, wysokobudżetową celebrację absurdu i siły fizycznej, która na zawsze zmieniła oblicze popkultury. Jeśli szukacie korzeni współczesnych widowisk superbohaterskich, znajdziecie je właśnie tutaj, w dżungli Val Verde, pośród dymu i setek wystrzelonych łusek.