Współczesna analiza dzieła Paula Verhoevena „Żołnierze Kosmosu” (Starship Troopers) pozwala dostrzec w tym tytule znacznie więcej niż tylko efektowną, brutalną strzelankę science-fiction z końcówki lat dziewięćdziesiątych. Choć w momencie premiery film został odebrany przez krytyków i widownię jako płytka produkcja akcji, a nawet oskarżany o promowanie faszystowskiej ideologii, z perspektywy czasu jawi się jako jedna z najbardziej wyrafinowanych satyr na propagandę militarą w historii kina.
Reżyser, który dorastał w okupowanej Holandii i na własne oczy widział nazistowską machinę wojenną, stworzył film, który jest parodią kina propagandowego w stylu Leni Riefenstahl. Verhoeven celowo przerysował rzeczywistość, tworząc świat, w którym przemoc jest jedyną skuteczną formą działania, a status obywatela – dający prawo do głosowania czy darmowej edukacji – można zdobyć niemal wyłącznie poprzez służbę wojskową.
Fabularnie film opiera się na losach Johnny’ego Rico oraz jego przyjaciół z Buenos Aires, którzy tuż po ukończeniu szkoły średniej decydują się wstąpić do armii Federacji. Motywacje bohaterów są dalekie od wzniosłych idei – Rico kieruje się głównie chęcią zaimponowania swojej dziewczynie, Carmen, która marzy o zostaniu pilotem floty. Ich losy splatają się w świecie, w którym granica między teatrem wojennym a rzeczywistością jest stale zacierana przez wszechobecne komunikaty medialne.
Struktura narracyjna jest przerywana interaktywnymi kronikami filmowymi, które w sposób skrajnie tendencyjny relacjonują konflikt z rasą Arachnidów. Te wstawki propagandowe służą dehumanizacji przeciwnika – robale są przedstawiane jako bezmyślne, brutalne owady, mimo że kolejne sceny filmu sugerują ich wysoką zdolność do planowania i strategii. Doskonałym przykładem manipulacji jest wątek asteroidy, która uderzyła w Buenos Aires, zabijając 12 milionów ludzi. Choć oficjalna wersja przypisuje atak Arachnidom, analiza trajektorii lotu i odległości między systemami gwiezdnymi sugeruje, że całe zdarzenie mogło być pretekstem do eskalacji konfliktu.
Techniczna warstwa filmu, mimo upływu lat, wciąż robi wrażenie. Była to jedna z pierwszych produkcji, w której hordy kosmitów zostały wygenerowane komputerowo w sposób tak przekonujący i organiczny. Efekty te, w połączeniu z tradycyjnymi miniaturami statków kosmicznych, tworzą spójną i brutalną wizję pola bitwy. Verhoeven nie stroni od drastycznych scen, pokazując bezsensowną śmierć żołnierzy w slow motion, co stanowi kontrast dla radosnych haseł werbunkowych.
Najważniejszym elementem filmu jest jednak jego „drugie dno”, które reżyser subtelnie przemyca pod warstwą akcji. Mundury oficerów wywiadu (Games and Theory), salutowanie czy symbolika orła ze sztyletem bezpośrednio nawiązują do estetyki III Rzeszy. Widz zostaje postawiony w sytuacji, w której kibicuje bohaterom będącym w istocie trybikami opresyjnego, autorytarnego systemu. Film pokazuje ewolucję Rico od naiwnego sportowca do bezwzględnego lidera oddziału, który bez mrugnięcia okiem wykonuje rozkazy, nie kwestionując etyki prowadzonych działań.
„Żołnierze Kosmosu” to film, do którego trzeba dorosnąć, by zrozumieć jego ironiczny wydźwięk. Verhoeven stworzył lustro, w którym odbija się nasza fascynacja siłą i łatwość, z jaką dajemy się uwieść sprawnej propagandzie. To dzieło, które pod płaszczem blockbusterowej rozrywki stawia fundamentalne pytania o naturę demokracji, cenę obywatelstwa i mechanizmy wywoływania konfliktów zbrojnych.