W ostatni weekend, w dniach 17–19 kwietnia, w progach Warszawskiej Szkoły Filmowej odbyła się pierwsza edycja imprezy retro Replay Fest. A może należałoby powiedzieć: kolejna edycja wiekowego Pixel Heaven?

Już na starcie relacji natrafiam na poważny problem: jak właściwie traktować to wydarzenie? Z jednej strony organizatorzy grubą kreską odcinają się od marki Pixel Heaven, a mówiąc wprost – od postaci jej twórcy i wieloletniego organizatora, Roberta Łapińskiego (znanego w środowisku jako Łapusz). Z drugiej strony – na pierwszy rzut oka zmian prócz nazwy nie ma zbyt wiele. To samo miejsce, ci sami ludzie, niemal identyczne nazewnictwo i przekaz marketingowy. Praktycznie kopia imprezy z ubiegłego roku – imprezy, którą, przypomnę, bardzo chwaliłem.

Czy mamy więc do czynienia z zupełnie nowym bytem, czy po prostu z kolejną edycją pod zmienionym szyldem? Przyjrzyjmy się szczegółom i zdecydujmy później.

Lokalizacja: Kino robi robotę

ReplayFest gościł w Warszawskiej Szkole Filmowej (WSF) – tam, gdzie wielokrotnie bywał Pixel. Ta miejscówka ma sporo atutów, z których największym jest profesjonalna sala kinowa. Dzięki świetnemu nagłośnieniu i wygodnym fotelom każdy punkt programu realizowany w tym miejscu automatycznie wskakuje na wyższy poziom jakościowy.

Większość wydarzenia skupiała się jednak w budynku szkoły: w holu głównym oraz licznych salach na parterze i antresoli. Co znaleźliśmy w środku? Można odnieść wrażenie, że była to powtórka z rozrywki, ale w nieco lepszym wydaniu.

Handel i Retro: Najmocniejsza strona imprezy

Na głównej hali oraz w salach po prawej stronie (zarówno na parterze, jak i piętrze) rozlokowała się strefa handlowa. Moim zdaniem było tu znacznie ciekawiej niż rok temu. Wystawcy oferowali asortyment, który trafił w gusta nie tylko moje, ale i moich kompanów – Frabi i mfx również wracali do Wrocławia z pokaźnymi zakupami. Klimat „targów z mydłem i powidłem”, obecny w ubiegłych latach, ewoluował w stronę tradycyjnej, mięsistej retro giełdy z domieszką ciekawego gadżeciarstwa.

Drugą połowę antresoli zajmowała strefa retro – i trzeba przyznać, że była przednia. W kolejnych salach mogliśmy podziwiać kolekcje pasjonatów i ekip z całej Polski. 

Na górze mieliśmy:

  • Adamodore: komputery 8 i 16-bitowe,
  • Muzeum Wgrasie: wystawa amigowa prosto z Łodzi,
  • Fundacja Dawne Komputery i Gry: stanowiska PC do grania po LAN-ie oraz indie Commodore,
  • Flashback Konsole: wystawa tematyczna poświęcona grom piłkarskim,
  • C64 Lover: stanowiska z kultowymi „Komodorkami”,
  • kjubsonotron: gry muzyczne,
  • Tiger Score: sala z grami elektromechanicznymi (to nowe muzeum na mapie retro, które odwiedziliśmy po imprezie – materiał wkrótce!),
  • Apple Muzeum, – jak sama nazwa wskazuje z produktami tej firmy w tym kilkoma mniej oczywistymi,
  • wystawa devkitów – prototypów konso) od Łukasza  – naprawdę ciekawe sprżety oraz klawiatury od JBWK – prześliczn sprawa
  • na parterze rządziły automaty arcade i flippery od Pinball Station:

Szczerze? Tak wszechstronną i bogatą ofertą retro nie może się obecnie pochwalić żadna inna impreza w Polsce. Pod względem sprzętowym było po prostu super.

Organizacja: Mniej chaosu, więcej konkretów

Z kulis płynęły sygnały, że w tym roku zapanował porządek w kwestiach logistycznych. Obsługa wystawców – zarówno tych handlowych, jak i retro – przebiegała bez „tradycyjnego” chaosu. Jako dwukrotny weteran „pixelowych wojen” o miejsce, dodatkowe stoły czy krzesła, ogromnie to doceniam. To zmiana niewidoczna dla zwykłego zwiedzającego, ale kluczowa dla komfortu twórców wydarzenia.

Jeśli chodzi o prelekcje, odbywały się one dwutorowo: w sali kinowej oraz w większej sali wykładowej w szkole. Program opierał się na miksie „wystawienniczo-gazeciarskim”. Połowę wystąpień przygotowali sami wystawcy sprzętu, a drugą stanowiły wspominkowe spotkania z redaktorami dawnych pism o grach. Słuchacze, z którymi rozmawiałem, byli raczej zadowoleni, choć w niedzielę rano doszło do sporego zgrzytu.

Około godziny 10:00 część organizatorów uznała, że należy zlikwidować salę prelekcyjną w szkole i przenieść wszystko do kina, skracając panele z godziny do 30 minut. Na szczęście dzięki szybkiej interwencji trzeźwo myślącego Bohdana, sytuacja została opanowana i od południa wrócono do normalnego rozkładu.

Frekwencja i ceny: Elitarnie czy po prostu pusto?

Skąd wziął się pomysł na nagłe zmiany w grafiku? Zgaduję, że powodem była ekstremalnie niska frekwencja, szczególnie w niedzielny poranek. Sam, robiąc obchód około godziny 11:00, naliczyłem łącznie około 130 osób – wliczając w to wystawców i obsługę.

Rok temu pisałem, że Pixel Heaven miało kameralny charakter (kilkaset do tysiąca osób), ale prognozowałem wzrost. Stało się odwrotnie. Przez zmianę nazwy i swoisty „soft-reboot” imprezy, wielu potencjalnych gości prawdopodobnie w ogóle nie dowiedziało się o wydarzeniu.

Sytuacji nie poprawiały ceny biletów:

  • 90 zł za jeden dzień,
  • 140 zł za weekend,
  • 300 zł za bilet wspierający (z wejściem na afterparty).

Choć niektórzy porównują te kwoty do cen na Pyrkonie, pamiętajmy o skali. To wciąż około trzy razy drożej niż na innych imprezach tematycznych. W efekcie na miejscu spotkaliśmy głównie „starszyznę” retro: działaczy, influencerów i najbardziej aktywnych członków grup na Facebooku czy Discordzie. Młodej krwi dostarczyły nieco dni otwarte szkoły filmowej (darmowe wejściówki), ale ci goście szybko rozproszyli się w tłumie lub ulotnili.

Czy to się spina?

Organizatorzy twierdzą, że jest OK. Jeśli celują w zamożniejszego odbiorcę, którego stać na drogie hobby, jakim jest zbieranie retro sprzętu, i oferują mu w zamian niemal prywatne zwiedzanie wystaw bez kolejek – to może jest to jakaś droga? Ja w tym roku za wejściówkę nie płaciłem, ale gdybym to zrobił, byłbym zadowolony. Brak ścisku, możliwość swobodnej rozmowy z wystawcami i ogrom sprzętu na wyciągnięcie ręki to luksus, którego nie uświadczymy na masowych targach.

Co poza grami?

Na terenie szkoły tradycyjnie nie było alkoholu (to w końcu placówka oświatowa), co nikomu już chyba nie przeszkadzało – zwłaszcza przy świetnej lokalizacji (Żabka i Carrefour tuż obok). Na dziedzińcu stanęły stoliki i dwa food trucki, więc głodny nikt nie chodził.

Afterparty było całkiem przyjemne. Grał Skipp (podono amigowiec, choć set nie był stricte retro), a później AceMan, którego występ idealnie wpasował się w klimaty demoscenowe. Na koniec tradycyjnie wystąpił Jon Hare z ekipą, serwując angielskiego rocka i hity ze swoich gier (tak, było Cannon Fodder). Frekwencja na afterze też nie powalała – raz, że bilety były drogie, a dwa – część ekipy wybrała alternatywną imprezę organizowaną w tym samym czasie przez podcast Stary Gracz. Trochę niezręczna sytuacja, która podzieliła i tak nieliczne grono uczestników.

Podsumowanie

Jako uczestnik oceniam imprezę bardzo pozytywnie. Pomijając kontrowersyjną cenę wejściówek, ReplayFest to kawał solidnej, merytorycznej roboty. Jeśli szukacie spokoju, świetnego sprzętu i ludzi, którzy o starych komputerach wiedzą wszystko – to miejsce jest dla Was.

I wracając więc do pytania postawionego na samym początku: czy to nowa impreza, czy tylko stara odsłona pod zmienionym szyldem?

Odpowiedź nie jest jednowymiarowa, ale po tym weekendzie można ją sformułować tak: ReplayFest to „duchowy spadkobierca” w formie profesjonalnego soft-rebootu. 

Formalnie i prawnie mamy do czynienia z nowym bytem – organizatorzy wyraźnie odcięli się od starej marki i jej głównego architekta. Jednak w praktyce, dla nas – uczestników – to ewolucja dobrze znanego formatu. ReplayFest zatrzymał to, co w Pixel Heaven było najlepsze: sprawdzoną lokalizację, pasję wystawców i niesamowity, merytoryczny wsad retro. Jednocześnie odrzucił bagaż chaosu organizacyjnego, który ciągnął się za poprzednikiem. Choć nIestety zostawił sobie również ceny wejściówek.

To trochę jak z Twoją ulubioną grą, która doczekała się remake’u na nowym silniku. Mechanika i klimat są te same, bawiłeś się przy niej świetnie, ale przez zmianę tytułu na pudełku wielu graczy jeszcze nie wie, że powinni po nią sięgnąć. Jeśli ekipa utrzyma ten poziom jakości i porządku, nazwa „ReplayFest” szybko wypracuje własną markę, która nie będzie musiała podpierać się przeszłością.