Gorzki powrót legendy. Jak nowe Commodore próbuje sprzedać nam retro-absurd za 2200 złotych

Historia branży technologicznej zna wiele przypadków upadków i spektakularnych powrotów. Kiedy marka Commodore – ikona informatyki lat 80. i 90. – przestała produkować komputery, jej wartość drastycznie spadła. Przez lata kultowe logo było bezrefleksyjnie przyklejane do najróżniejszych, często kuriozalnych produktów: od tanich laptopów i budżetowych telefonów komórkowych, aż po niszczarki dokumentów.

Gdy rok temu biznesmen Christian Simpson (PeriFractic) ogłosił wykupienie marki, opublikował serię filmów historycznych. Przewijała się w nich jedna kluczowa myśl: koniec z bezczeszczeniem legendy. Nowe otwarcie miało przywrócić marce dawny blask i dumę. Pierwsze kroki wydawały się obiecujące, jednak najnowsza premiera z 16 czerwca tego roku wywołała w środowisku retro-fanów prawdziwe trzęsienie ziemi i falę potężnego rozczarowania.

Sukces zbudowany na pracy fanów

Początki działalności nowej firmy Commodore pod wodzą Periego spotkały się z ciepłym przyjęciem. Na rynku pojawił się komputer  Commodore 64 Ultimate. Nie był to jednak autorski projekt stworzony od zera, lecz zręczne połączenie trzech istniejących już rozwiązań: płyty głównej od Gideona, australijskiej obudowy (dla której stworzono nowe formy) oraz klawiatury od CBM Stuff. Perry spiął te elementy w jeden produkt i zaoferował go w dobrej cenie, co spotkało się z entuzjazmem społeczności – sprzęt kupowali zarówno polscy twórcy retro-technologiczni, jak i fani z całego świata.

Niedługo później zadebiutowało Commodore 64 Ultimate w wersji C, czyli w charakterystycznej, płaskiej obudowie. Przy okazji tej premiery Perry ogłosił, że osobiście „uratował” te formy przed zapomnieniem. Rzeczywistość była jednak znacznie bardziej prozaiczna i mocno zakorzeniona w wysiłku samych pasjonatów.

Wiele lat wcześniej to właśnie fani odnaleźli oryginalne formy do obudowy wersji C i zorganizowali crowdfunding, by je odkupić. Po pożarze magazynu, w którym były przechowywane, formy te przejęła niemiecka firma Individual Computers (znana z projektów takich jak Keira czy Chameleon na FPGA). Produkcja w Niemczech trwała w najlepsze, dopóki Perry po prostu nie odkupił tych form, podobnie jak wcześniej nabywał inne gotowe projekty od ich prawowitych właścicieli. Choć narracja marketingowa mówiła o wielkim „ratowaniu dumnego Commodore”, firma w rzeczywistości jedynie komercjalizowała cudze, wypracowane przez lata pomysły, pokazując w swoich materiałach m.in. fabryki PCBWay jako własne zaplecze produkcyjne.

Wielki hype i premiera… telefonu dla emerytów

Mimo kontrowersyjnej otoczki marketingowej, społeczność z niecierpliwością czekała na kolejny krok. W kuluarach spekulowano, co Commodore zaprezentuje 16 czerwca. Czy będzie to odkupienie projektu Mega 65 od Niemców? A może współpraca z Retro Games Ltd. i wydanie nowej Amigi pod nazwą Commodore TheA-1200, na co mogłyby wskazywać ujawnione spotkania Periego z właścicielami części praw do marki Amiga? Rozważano też wznowienie produkcji układów SID, nowe joysticki, a nawet dedykowany retro-monitor oparty na technologii OLED lub LCD.

Firma przez kilka dni budowała ogromne napięcie. Kiedy kurtyna w końcu opadła, okazało się, że nowym flagowym produktem Commodore ma być… telefon komórkowy. I to nie nowoczesny smartfon, a tradycyjny aparat z klapką, tak zwany „flip-phone”.

Najbardziej uderzający w tym wszystkim jest fakt, że dokładnie taki typ produktu – telefon komórkowy – rok wcześniej Peri wskazywał jako podręcznikowy przykład dawnego „zeszmacenia się” i deprecjacji marki. Teraz to samo rozwiązanie stało się filarem nowej strategii firmy.

Ideologiczne zderzenie z kulturą retro

Za premierą urządzenia stoi specyficzna ideologia antywspółczesności i tzw. „digital detox” (cyfrowego detoksu). Nowe Commodore promuje swój telefon jako narzędzie pozwalające na całkowite odcięcie się od szumu informacyjnego i mediów społecznościowych, co ma rzekomo nawiązywać do ducha lat 90.

Ta argumentacja spotyka się z potężnym oporem ze strony osób, które pamiętają realia tamtych lat. Kiedy w czasach świetności kupowało się komputery Commodore 64 czy Amiga, nikt nie kupował technologii retro ani nie szukał ucieczki od świata. Wręcz przeciwnie – był to zakup sprzętu „next-genowego”, nowoczesnego, będącego przepustką do najnowszych osiągnięć technologicznych.

Co więcej, przypisywanie marce Commodore idei odcinania się od sieci jest historyczną bzdurą. To właśnie na tych komputerach powstawały pierwsze BBS-y, rozwijano pierwsze usługi sieciowe i wysyłano wiadomości. Commodore od zawsze budowało społeczność, która na przestrzeni ostatnich trzydziestu i czterdziestu lat przetrwała właśnie dzięki nowoczesnym formom komunikacji: stronom internetowym, forom dyskusyjnym, kanałom na YouTubie oraz grupom na Facebooku.

Absurdy techniczne i astronomiczna cena

Sam dobór funkcji w nowym telefonie Commodore przeczy jakiejkolwiek logice cyfrowego detoksu i stanowi technologiczną aberrację. W urządzeniu odnajdziemy aplikację WhatsApp, ale… nie znajdziemy w nim klienta poczty e-mail ani przeglądarki internetowej. Telefon posiada wbudowany aparat fotograficzny, więc użytkownik może robić zdjęcia typu „selfie”, ale nie ma możliwości udostępnienia ich na Instagramie – pozostaje jedynie wysyłanie ich tradycyjnym i kosztownym MMS-em lub dedykowanymi, nietypowymi komunikatorami.

Pod względem systemowym urządzenie nie bazuje na standardowym Androidzie, lecz na oprogramowaniu bardzo mocno do niego zbliżonym, w którym intencjonalnie wyłączono obsługę ekranu dotykowego. Sterowanie odbywa się wyłącznie za pomocą fizycznej klawiatury.

Największą barierą pozostaje jednak cena, którą niezwykle trudno racjonalnie uzasadnić. Urządzenie wyceniono pierwotnie tak, że w przeliczeniu na polskie realia kosztowało około 2200 złotych. Fala natychmiastowej krytyki i negatywnych opinii w internecie wymusiła na producencie szybką obniżkę ceny o 50, a następnie o kolejne 50 dolarów dla osób, które zarejestrują się na stronie. Mimo to, kwota oscylująca wokół dwóch tysięcy złotych za telefon o funkcjonalności zbliżonej do cegły jest absurdalna. Dla porównania, klasyczny, markowy telefon z klapką o podobnych możliwościach można kupić na rynku za około 200 złotych (i prawdopodobnie będzie on posiadał obsługę poczty e-mail, choć może nie mieć WhatsAppa). Ponadto każdy właściciel współczesnego smartfona z systemem Android lub iOS może przeprowadzić darmowy detoks cyfrowy, po prostu odinstalowując zbędne aplikacje.

Dla osób szukających luksusu przygotowano również wersję limitowaną. Za wariant pokryty żółtą farbą, dumnie nazywany wersją złotą, należy dopłacić kolejne 500 złotych, co winduje ostateczną cenę do poziomu 2700 złotych. Cała ta sytuacja budzi jednoznaczne skojarzenia z niesławnymi, luksusowymi markami telefonów z przeszłości, które oferowały przestarzałą technologię w zaporowych cenach.

Dla kogo jest ten sprzęt?

Wiele wskazuje na to, że telefon nie został zaprojektowany z myślą o prawdziwych fanach Commodore. Retromaniacy oczekiwali rozwoju linii komputerowej, akcesoriów, joysticków, myszek, rozszerzeń sprzętowych, nowych gier lub chociażby nowoczesnego sklepu z oprogramowaniem na stary sprzęt. Zamiast tego otrzymali produkt skierowany prawdopodobnie do zamożnych hipsterów oraz wielkich kanałów technologiczno-recenzenckich, które nie mają nic wspólnego ze społecznością retro, a mają jedynie wygenerować chwilowy szum medialny wokół antywspółczesnej ideologii Perry’ego.

Slogan nowego Commodore głosił: „opierając się na przeszłości, idziemy ku przyszłości”. Tymczasem premiera telefonu z klapką za ponad dwa tysiące złotych to krok wstecz, który budzi głębokie zażenowanie. W środowisku fanów panuje przekonanie, że znacznie lepszym i bardziej godnym rozwiązaniem byłoby wypuszczenie standardowego, nowoczesnego smartfona z systemem Android, opatrzonego po prostu logiem Commodore, niż tworzenie tak niespójnego i drogiego urządzenia. W obecnej sytuacji finansowej znacznie bardziej racjonalnym posunięciem dla fana technologii retro jest zakup oryginalnego komputera Commodore C64C, co pochłonie zaledwie ułamek tej kwoty, a za resztę odłożonych pieniędzy bez problemu można dokupić kolejne kultowe maszyny do kolekcji.